sobota, 12 lutego 2011

Puzzle 1


Ułożyłyśmy z córką puzzle. Przypomniałam sobie jak to jest :)
Na dobry początek... 1000 elementów i łatwy obrazek.
Czy nie są śliczne?

niedziela, 6 lutego 2011

Północ w ogrodzie dobra i zła [1997]


Do miasta Savanah w stanie Georgia przybywa literat z wielkiego świata, ma napisać artykuł o przyjęciu, wydanym przez zamożnego handlarza antyków. Zaraz po przyjęciu gospodarz zabija swego kochanka - homoseksualistę. Literat postanawia napisać książkę o zbrodni. [Filmweb]

Oglądany dawno. Świetny.

Gattaca - Szok przyszłości [1997]

Rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości. Rozwój genetyki sprawił, że stała się ona kryterium przynależności społecznej i podstawą selekcji ludzi na gorszych (invalid) i lepszych (valid), a w ślad za tym z góry przesądza o możliwościach ich kariery i perspektywach rozwoju. W takiej rzeczywistości osoby spłodzone naturalna drogą, jak główny bohater (w tej roli znakomity Ethan Hawke) a nie na zamówienie i z eliminacją wszelkich możliwych wad, wydaja się nie mieć żadnych szans na przeżycie. Jak się okazuje z genów nie sposób wyczytać całej przyszłości. Ludzka siła woli i spryt umożliwiają przezwyciężenie swych wad i realizacje marzeń. "Gattaca" podejmuje bardzo ważne i dyskutowane obecnie na całym świecie problemy związane z rozwojem genetyki. Ale to nade wszystko dobrze zrealizowana i wciągajaca opowieść o człowieku, który udowodnił, że nie jest z "zasady DNA" gorszy, chociaż w tym celu zmuszony był dokonać pewnego oszustwa. [Filmweb]

Oglądałam już dawno, zapisuję tutaj ku pamięci. Niezły film.

sobota, 5 lutego 2011

Niewidzialny pierścień. Czarne kamienie księga VI - Anne Bishop

"Kiedy Jaenelle Angelline szukała sposobu, jak ochronić Krwawych z Królestwa Kaeleer przed uderzeniem własnej Hebanowej mocy, Daemon Sadi opowiedział jej historię Szarej Pani, której kilka wieków wcześniej udało się tego dokonać. Nie wspomniał jednak o roli, jaką sam pełnił w tej historii. Niewidzialny Pierścień jest relacją z tamtych wydarzeń. Gdy Jared, młody wojownik z Shaladoru noszący Czerwony Kamień, trafia do niewoli, na dziewięć długich lat zostaje skazany na świadczenie usług seksualnych. Wreszcie, nie mogąc dłużej znieść wykorzystywania i upokorzeń, zabija swą właścicielkę i trafia na targ niewolników. Tam kupuje go Szara Pani - Królowa z Dena Nehele, osławiona opinią, że nabywani przez nią niewolnicy znikają bez śladu.
Szara Pani wraz z grupą kupionych niewolników wyrusza w drogę powrotną na swoje terytorium, uciekając przed ludźmi Dorothei SaDiablo, Najwyższej Kapłanki władającej większością Królestwa Terreille. Jared jest gotów na śmierć, ale bardzo szybko przekonuje się, że ani jego nowa właścicielka, ani towarzysze niedoli nie są osobami, za które się podają. Każdy skrywa mroczną tajemnicę, a co najgorsze - jest wśród nich zdrajca pracujący dla Dorothei. Wkrótce młody wojownik staje przed trudnym wyborem: odzyskać wolność czy zachować honor. Od jego decyzji zależy nie tylko jego życie, ale i przyszłość wszystkich Krwawych."

No cóż... bez zaskoczenia... ŚWIETNA! A może ja nie jestem już obiektywna... Lubię tą sagę i koniec.
Miło poczytać jak to mężczyźni są "zmuszani" przez swą naturę do opiekowania się i dbania o kobiety. Silne kobiety i troskliwi i równie silni faceci... Niezły model społeczeństwa.

czwartek, 27 stycznia 2011

Biała wilczyca - Theresa Revay

Trzydzieści lat obejmuje akcja tej wspaniałej powieści o miłości, zdrowym rozsądku i przeciwnościach losu.
Jest rok 1917. Ksenia, piękna Rosjanka, traci rodziców i ucieka z rewolucyjnego Piotrogrodu do Paryża. Poznanie Maxa, czarującego niemieckiego fotografa, odmieni życie obojga na zawsze. Na razie o tym nie wiedzą: on wraca do Berlina, ona zostaje znaną modelką.
Po jakimś czasie znów się spotykają. Mimo cudownej wspólnej nocy Ksenia przyjmuje oświadczyny statecznego adwokata. Dlaczego? Tymczasem na Europę pada cień hitleryzmu i Max ma duże kłopoty...

Żyjąc w dzisiejszych czasach zapominamy jak dobrze i spokojnie mamy. Chcemy od życia i innych więcej i więcej. Książki takie jak ta przypominają, że ludzie potrafią sobie i innym zgotować straszny los. Dla nas dzisiaj niewyobrażalny. Okazuje się, że można przetrwać wiele, że człowiek ma w sobie siły niewyobrażalne.
Piękna powieść. Wciąga i porywa. Dobrze, że niedługo kolejna część. Szczerze polecam!

środa, 26 stycznia 2011

The Social Network [2010]


To kolejny film najciekawszego reżysera ostatnich lat, twórcy takich obrazów jak "Siedem", "Podziemny krąg" czy "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona". Historia opowiada o powstaniu portalu Facebook. Jedną z głównych ról gra Justin Timberlake. Pewnego październikowego wieczoru w 2003 roku, po zerwaniu z dziewczyną, Mark (Jesse Eisenberg) włamuje się do uniwersyteckiej sieci komputerowej i tworzy stronę internetową będącą bazą studentek Harvardu. Następnie umieszcza obok siebie zdjęciadziewcząt i zadaje użytkownikom pytanie o to, która z nich jest atrakcyjniejsza. Strona otrzymuje nazwę Facemash i staje się niezwykle popularna wywołując jednocześnie mnóstwo kontrowersji. Mark zostaje oskarżony o celowe złamanie zabezpieczeń, pogwałcenie praw autorskich i naruszenie prywatności. Jednak to właśnie wtedy rodzi się zarys Facebooka. Wkrótce potem Mark zakłada stronę thefacebook.com, która gości na monitorach komputerów na Harvardzie, uniwersytetów Ivy League oraz Doliny Krzemowej, a potem dosłownie w każdym zakątku świata. [filmweb]

Naprawdę niezły film. I bardzo na czasie. Nie ma sensu pisać o czym jest... wiadomo... o twórcy i okolicznościach powstania Facebooka. Myślę, że jeśli przed obejrzeniem filmu, ktoś nie zetknął się z tą formą życia netowego... sprawdzi o co chodzi po obejrzeniu. Polecam wszystkim użytkownikom Facebooka i nie tylko!

Stosik 15

Mini stosik.
Dzisiejsze zakupy to tylko jedna książka. Trochę wygrałam trochę przegrałam. Weszłam do księgarni i kupiłam książkę... więc przegrałam... ale kupiłam tylko jedną... więc wygrałam :)
Miałam kupić w necie... taniej... ale co ja poradzę, że kończę właśnie czytaną książkę i idealnie będzie dzisiaj zacząć właśnie tą:


niedziela, 23 stycznia 2011

Cube Zero [2004]

Film opowiada o dwóch technikach pracujących przy projekcie "Cube": Doodzie (starszy technik) i Wynnie (informatyk). Ich praca polega na rutynowych procedurach, aż pewnego razu do sześcianu trafia kobieta, której Wynn chce pomóc się wydostać... Postanawia posunąć się na tyle daleko, ze sam wchodzi do sześcianu....

Nie tak dobry jak Cube z 1997 roku. Nie zaskakuje. Obejrzałam bez przykrości ale też bez przesadnego wciągnięcia. Pewnie za klika dni zapomnę o nim. A ten z 1997 pamiętam i długo będę pamiętała!

Czarny łabędź - Black Swan [2010]






Piękny film. Niepokojący. Doskonała muzyka (to oczywiste). Pewnie będzie mi się śnił.
Szczerze polecam!

sobota, 22 stycznia 2011

Przyjaźń przerwana - E.L. Voynich - Rozdział I - fragment 5


Z każdym dniem coraz jaśniej sobie uświadamiał, że służbie mimo najlepszych ich chęci, niepodobna powierzyć dzieci. Pomijając takie sprawy praktyczne, jak upadek Małgosi i włożenie Henrysiowi cienkich trzewiczków, w których przemoczył nogi podczas pogrzebu i w mokrem tem obuwiu pozostał aż do wieczora, były jeszcze inne powody, niemniej ważne, nie pozwalające zostawić dzieci pod wpływem tych nieoświeconych, przesądnych wieśniaków. Odkrył mianowicie, że historje o ludożercach i wilkołakach były w domu na porządku dziennym, a jakkolwiek tak niewiele czasu upłynęło od śmierci matki, wielka zażyłość – w jego oczach bardzo nieodpowiednia – zdołała się już rozwinąć między kuchnią a pokojem dziecięcym. Specjalnie Rene, będący ulubieńcem służby, strasznie był przez nich psuty i rozpieszczany. Ciągle gdzieś przebywał z Jakóbem; właził mu na plecy i tak na nim jeździł, słuchał długich gadek o świętych i cudach, to znów podchodził do starej kucharki i odwiązywał jej zapaskę, pomagał mleć kawę, zaco w zamian otrzymywał gorące placki, przyczem przyswajał sobie brzydki sposób jedzenia i przeciągły akcent burgundzki. Niewątpliwie że służący mieli najlepsze chęci, a przywiązanie Jakóba do rodziny nie ulegało żadnej wątpliwości; niemniej wpływ jego na Renego mógł być ujemny. A pomijając wszystkie te rozliczne braki, na jakie narażone są dzieci w domu bez gospodyni, jakże Małgosia ma wyróść na damę, spędzając dzieciństwo bez opieki i towarzystwa damskiego?

Coś uczynić należy; ale co? Myśl pojęcia drugiej żony była mu wstrętna, po części, że żona byłaby poniekąd rywalką drogiej pamięci nieboszczki, a po części, że obecność kobiety zakłóciłaby jego spokojną atmosferę uczonego. Franciszka posiadała istny geniusz unicestwiania się, co w jego oczach było jedną z najcenniejszych zalet jej charakteru; nie mógł się jednak spodziewać, by rzadki ten przymiot napotkać miał po raz drugi.

Najprostszem rozwiązaniem trudności byłoby zaofiarowanie stałej gościny którejś z krewnych, któraby w zamian zajęła się domem i dziećmi. Kto wie jednak, czy to byłoby mniej krępującem od powtórnego małżeństwa, a mogłoby się nawet okazać gorszem, gdyż przy małżeństwie miałby pewną swobodę wyboru, natomiast jedyną jego krewną była szwagrowa, panna Angelika Leumonnier, stara panna o szczupłych funduszach, w rozliczne natomiast bogata cnoty. Niewątpliwie porzuciłaby z radością swe posępne domostwo w Avallon, by móc się czuć użyteczną na świecie; okazywałaby mu swą życzliwość przez wpadanie do pracowni i niesienie mu pociechy religijnej, oraz zaludnianie domu nieukształconymi księżmi i gadatliwemi zakonnicami.

Drugą i jedyną możliwością byłoby wysłanie dzieci do zakładów, gdzie uwzględnianoby należycie ich potrzeby cielesne i duchowe, wychowując odpowiednio do pozycji. Wobec szczupłych dochodów, trudno byłoby mu opłacać koszta osobnego utrzymania i kształcenia dzieci, lecz własne jego potrzeby były bardzo skromne, przytem zdecydowany był wyrzec się pewnych wygód materjalnych, by tylko zachować spokój i godność życia intelektualnego. Niestety, okazało się, że nawet przy największych oszczędnościach i odmawianiu sobie tych nielicznych wygód, do jakich był przyzwyczajony, nie zdoła umieścić dzieci odpowiednio, bez sprzedania części posiadłości, i tak już mocno uszczuplonej i obdłużonej. Należyte wykształcenie bardziej się jednak przyda chłopcom niż wielka posiadłość, a w każdym razie zostanie jeszcze coś na posag dla Małgosi.

Uzyskawszy w ten sposób pieniądze, oddał dziewczynkę pod opiekę ciotki, wyznaczając na jej potrzeby fundusz tak znaczny, że Angelika wiedząc o ciężkiem położeniu szwagra, wahała się z przyjęciem zaofiarowanej jej sumy.

- To zadużo, Stefanie, doprawdy. Cóż to kosztuje utrzymanie i garderoba takiego dziecka! A za trud, to chyba nie sądzisz, bym potrzebowała zapłaty! Będzie dla mnie skarbem prawdziwym, żywą pamiątką po mojej kochanej siostrze.

Łzy będące u niej zawsze na pogotowiu, napłynęły jej do oczu. Markiz mimowoli zmarszczył brwi, w duchu zadając sobie pytanie, skąd Franciszka wzięła swoje wychowanie – ona nie płakała nigdy. Jakób i stara kucharka mogliby mu byli powiedzieć coś przeciwnego, lecz on istotnie nigdy jej nie widział płaczącej.

- Moja droga Angeliko – rzekł swym łagodnym głosem – pozostaw mi proszę, jedyny zbytek człowieka ubogiego: prawo uczciwego płacenia długów. Oczywiście, że nigdy nie mógłbym ci zapłacić troskliwości i przywiązania do mojej córki, lecz to przynajmniej mogę zrobić, by ci zaoszczędzić trosk co do środków. Nie chcę, by Małgosia odczuła kiedykolwiek brak pieniędzy; i tak już ciężko dla dziewczyny nie mieć matki. Dla mnie najzupełniej wystarczy kęs chleba i moje książki.

Krokiem następnym było oddanie chłopców do szkół. Dla Henrysia zakład Cystersów w Avallonie był możliwie najodpowiedniejszy; chłopiec zaczynał się właśnie rozwijać po dwóch ciężkich chorobach, przebytych ostatnio, a będąc z usposobienia uczuciowym, niezawodnie by cierpiał i tęsknił za domem, gdyby go umieszczono gdzieś daleko. W Avallonie będzie miał ciotkę i siostrzyczkę, a także i ojca w pobliżu.

Co da nauki... markiz z rezygnacją wzruszył ramionami. On sam był z przekonania ateistą, ale Franciszka na swój cichy, nienarzucający się sposób był głęboko religijna i cieszyłoby ją, gdyby mogła wiedzieć, że najstarszy jej syn będzie wychowywany w duchu katolickim. Szkoła była tania i odpowiednia, a cała szlachta okoliczna była bezwzględnie klerykalną. Jeśli Henryk ma się później zajmować gospodarstwem, podzielanie poglądów panujących ułatwi mu stanowisko społeczne. Niema powodu dla którego nie należałoby go wychowywać w duchu religijnym; dobry chłopiec, bardzo nawet dobry, lecz trochę ograniczony.

Rene przedstawiał problem trudniejszy do rozwiązania. Poczciwi Cystersi niewiele by chyba z niego zdołali wydobyć; raczej bowiem był wszystkiem innem, niż ograniczonym. Tymczasem dostał markiz list od brata, jedynego prócz niego członka rodziny, który uszedł z życiem przy splądrowaniu zamku. Daleki krewny adoptował był obydwóch osieroconych chłopców i podczas zaburzeń schronił się z nimi do Anglji, gdzie młodszy się osiedlił, przyjął poddaństwo angielskie, zmieniając nazwisko na proste: Henryk Martel. Obecnie wykonywał z powodzeniem jakiś zawód w Anglji, mając żonę Angielkę i ognisko rodzinne w Gloucestershire. On właśnie napisał do brata, by mu na kilka lat oddał Henryka, który mógłby uczęszczać do szkoły z jego synami.

Henryk był już dość dużym chłopcem, by można było z nim pomówić, więc ojciec pokazał mu list brata. Jedyną jednak odpowiedzią był strumień łez. Nienawidząc płaczu, markiz pocieszał jednak chłopca w sposób najdobrotliwszy, zapewniając, że wbrew jego woli nikt go nie wyśle do Anglji. W tejże chwili doleciał z ogrodu ostry dyszkant Renego:

- Och, Jakóbie, jakiś ty głupi! Ja to potrafię poruszyć bez tych wszystkich historyj. O popatrz, jak to trzeba ustawić; widzisz? A teraz obróć w kółko; nie, w drugą stronę. Ot, widzisz!

- No popatrzcie, ktoby to pomyślał! - wykrzyknął z kolei stary kucharz, a w głsie brzmiał podziw najwyższy.

- Czy kto kiedy widział takie mądre dziecko? Tylko spojrzy, a już wie, co zrobić!

- Tak – potwierdził Jakób – człowiek byłby się nad tym mozolił lata i nicby nie był wymyślił. Oj paniczu, już to z tą głową panicz czegoś dokaże na świecie!

Markiz miał tego dość. Jeśli dłużej jeszcze pozostawi to dziecko pod wpływem służby, całkowicie je zdemoralizują swem bezkrytycznem pochlebstwem. Szkoła angielska jest niezrównana, gdy chodzi o tępienie w chłopcu zarozumialstwa. Bezwłocznie siadł i odpisał bratu, że co do Henryka postanowił już był co innego, z wdzięcznością jednak skorzystałby z propozycji dla młodszego syna.

Rene był tak blady i milczący, wyjeżdżając z domu, że na chwilę ojciec zachwiał się w swem postanowieniu. Wstrząśnienie, jakiego doznał w dzieciństwie, uczyniło go chorobliwie wrażliwym i niezdolnym do znoszenia widoku cierpienia. Miał już niemal na ustach słowa, wyrzeczone do Henryka: „Dobrze, nie musisz jechać do Anglji”. Pomyślał jednak, że takie rozpieszczanie chłopca o zbyt żywym temperamencie nie byłoby prawdziwą dobrocią, i że Rene po pierwszem onieśmieleniu będzie niewątpliwie szczęśliw w Anglji. Będzie mu tam przecież bardzo dobrze. A ostatecznie, co można uczynić innego?

Markiz wrócił do swej pracowni i zamknął drzwi. Ostatniemi czasy myślał wyłącznie o dzieciach; obecnie, po zrobieniu dla nich wszystkiego co mógł, kłopotanie się sprawami już załatwionemi byłoby jedynie karygodnem marnowaniem sił. Stanowczym wysiłkiem woli wyrzucił sprawę tę ze swej myśli i zabrał się do przerwanego tłumaczenia hieroglifów na sarkofagu w Luwrze.

Na krawędzi cienia - Brent Weeks

Drugi tom przygód skrytobójcy, Kylara Sterna. Tom pierwszy nosi tytuł "Droga Cienia".
Kylar Stern odrzucił życie zabójcy. Po krwawym przewrocie, zorganizowanym przez Króla-Boga, mistrz i najbliższy przyjaciel Kylara zginęli. Przyjacielem był Logan Gyre - następca cenaryjskiego tronu. Jednakże niewielu arystokratów przeżyło, żeby opłakiwać jego śmierć. Kylar zaczyna więc od nowa: w nowym mieście, z nowymi towarzyszami, w nowym zawodzie.
Kiedy jednak dowiaduje się, że Logan może żyć - uwięziony, w ukryciu - staje przed najcięższym wyborem: może na zawsze porzucić drogę cienia i odnaleźć spokój w nowej rodzinie. Może też wykorzystać swój niszczycielski talent i lata ćwiczeń, żeby ratować przyjaciela i kraj. Wtedy jednak straci to, co dla niego najcenniejsze...

Czytało się równie świetnie jak tom pierwszy. Szybka i ciekawa akcja. Kylar wyjechał z Cynarii ze swą ukochaną i córką zmarłego przyjaciela. Planuje porzucić zawód siepacza na rzecz zostania sprzedawcą ziół. Ma to mu zapewnić spokojne życie. Jego natura nie ułatwia mu sprawy. Czy może przestać być siepaczem? Czy po to została mu dana nieśmiertelność? Czy ma prawo odmówić pomocy przyjacielowi w sytuacji gdy tylko on może uratować króla i państwo?... czy ma prawo do prywatnego szczęścia kosztem innych? W końcu musi podjąć jakąś decyzję.
PS. Wiele znoszę w fantastyce ale z tym potworem z końcówki to przesada! :)

czwartek, 20 stycznia 2011

Spis książek w biblioteczce domowej

Temat powraca co jakiś czas. W dzieciństwie zajmowałam się biblioteczką domową mojego dziadka. Reanimowałam zniszczone książki. Numerowałam i wpisywałam ręcznie do zeszytu w którym na brzegach stron ponaklejałam literki tak aby pełnił funkcję skoroszytu. Później w szkolnych czasach gdy mieszkałam z rodzicami prowadziłam spis swoich własnych książek, tym razem w skoroszycie kupionym specjalnie do tego celu. Jakiś czas temu już na własnych śmieciach zrobiłam spis stale powiększającego się zbioru w prostym programie komputerowym. Chodziło głównie o to aby wiedzieć jakie książki posiadam i komu je pożyczam. Bo pożyczam dużo i chętnie... niestety duża część książek nigdy do mnie nie wraca. Niedawno mąż skasował mi ten spis, przypadkiem. Jakoś to przeżyłam. Teraz postanowiłam poważniej podejść do sprawy. Kupiłam bardziej rozbudowany program. Mogę w nim zapisać wszelkie dane dotyczące książki, mogę dodawać zdjęcia okładek, opisy, recenzje, moją ocenę, określić pokój, regał, półkę, na której znajduje się książka; kto kiedy pożyczył... i wiele wiele innych. Programik bardzo mi się podoba. Oczywiście zrobienie spisu zajmuje dużo więcej czasu, ale taktuję to jak okazję do wzięcia książki do ręki, wspomnienia jakie niesie za sobą emocje. Niektóre odkładam na stosik do sprzedania/oddania inne na półkę "do przeczytania". Wiele miłych godzin mnie czeka :)

Co sądzicie o takich spisach? Robicie je? Czy idziecie na żywioł? A może wystarczają Wam spisy robione na portalach do tego przeznaczonych?

Stosik 14


Tak... na zdjęciu efekt mojego szaleństwa... pozostawię bez komentarza ;)










PS. Dodam, że kupiłam jak zwykle tutaj. W porównaniu do księgarni na e czy m wyszły mi dwie książki gratis.

Stosik 13

Na bank był... ale nie pamiętam.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Od tłómaczki - Oliwia Latham

Poniżej zamieszczam cały wstęp do Oliwii Latham "od tłómaczki". Szkoda, że nie podała żadnych dat. Nie wiem w sumie co kiedy zostało napisane. Ale jeszcze może kiedyś gdzieś to znajdę.

Marya Feldmanowa. 1907 rok.

Od tłómaczki.

Z współczesnych pisarzy angielskich, prawo obywatelstwa zdobył u nas na razie jeden Rudyard Kipling, a w ostatnich czasach krzykliwa reklama mody zaczyna banalizować nazwisko przecenianego poniekąd, a równocześnie niedocenianego, bo zbyt powierzchownie rozumianego, Oskara Wilde'a. Feljetony dzienników i dodatki powieściowe pochłaniają sensacyjne elukubraty Conan Doyle'a, Maryi Corelli e tutti quanti, tłómaczone zazwyczaj z lichych przeróbek niemieckich; prawdziwy jednak świat piśmiennictwa angielskiego, z tem, co w nim istotnie głębokiem, wielkiem, niepospolitem – Jerzy Meredith, Tomasz Hardy, Józef Conrad – świat ten zsyła nam swe promienie rzadko, zwolna, ze znacznem opóźnieniem.

Nic też dziwnego, że publiczności polskiej nie jest znanem nazwisko pani E. L. Voynich, autorki, która, pracując na polu literackiem od jakiej dwudziestki lat, napisała tylko trzy powieści i to wcale nie kilkutomowe, jak nakazuje tradycja powieściopisarek angielskich. A jednak mamy mnóstwo powodów do zaznajomienia się z autorką Oliwii Latham. Przedewszystkiem spoza pisowni obcej przegląda nazwisko o bardzo nam znanym dźwięku. Istotnie, w autorce witamy panią Lillę Woyniczową, Angielkę z rodu, a żonę z dobrego Polaka, znanego z zarania dziejów ruchu społecznego w Warszawie, obecnie wsławianego szczęśliwemi odkryciami naukowemi antykwariusza w Londynie. I nie tylko nazwisko autorki jest polskiem. Kilka postaci przez nią stworzonych, kilka nastrojów, a przedewszystkiem cały ton zasadniczy jej twórczości przypomina nam najświetniejsze kartki własnej naszej literatury. Taka wizya pani Heleny (w Jacku Raymondzie), zapatrzonej w rozkwitłe krokusy, zdaje się być jedną z owych tęsknych inwokacyi, jakie żrąca nostalgia wyrywała z piersi naszych wszelkich wygnańców, a postać d-ra Sławińskiego, godne wzbogacając galeryę męczeników narodowych, niczem nie zdradza, że nie w polskiej poczęta została duszy.

Bliską nam jest pani Woyniczowa; - w duszy jej, duszy córki znakomitego filologa oxfordzkiego, dźwięczy silnie struna bohaterstwa tego, co smutnemi akordy wielkości i męczeństwa niesie jak by echa z kraju „mogił i krzyżów”. Dzieła jej, to powieści bohaterskie w wielkim stylu; czy z dramatyczną siłą odtwarza świat podziemi i walk konspiracyjnych, odradzających się Włoch (The Gadfly, Szerszeń), czy z bolesną zadumą myślicielki, widzącej zło, a nie obwiniającej złoczyńcy, kreśli straszną tragedyę dziecka (Jack Raymond), czy wreszcie na krwawy stos despotyzmu wiedzie garstkę nowych ofiar (Olive Latham), zawsze ukazuje dusze wielkie, hartowne, kształtowane w ogniu wielkiej idei wyzwalającego się człowieczeństwa. Z trawiącą analizą, napróżno bijącą skrzydłami o niewzruszone: czemu? dlaczego? człowiek Woyniczowej załatwił się kiedyś, dawno, na Golgocie swych przeżyć najgłębszych, a zabiwszy w sobie ból – odmienną tylko formę niewoli człowieczej – olbrzymieje przed nami posągowy, nieugięty.

Bohaterstwo to niema w sobie pozy pseudoromantycznej. Brak mu nie tylko animuszu rycerskiego o falujących pióropuszach i szczęku orężnym, lecz nawet tego płomiennego entuzyazmu, co oskrzydla walczących, a kojący balsam spełnionego obowiązku wsącza w rany pokonanych. Córka Albionu, obok całego wysokiego nastroju duszy, nie zatraca zmysłu analizy trzeźwej i związku z realnym gruntem rzeczywistości. Stąd w twórczości jej: ścisła, wierna psychologia osobistości i wypadków, idąca w parze z nieubłaganą logiką myślenia. Niepospolita artystka, przytem wielostronna: ukończyła w Berlinie studya nad muzyką, specyalnie nad Bachem, wychowana w słońcu idei starogreckich filozofów, umiejących cenić boski dar życia, w imię godności tego życia, w imię przyświecającego jej ideału bezwzględnego, buntuje się, że wielką jego linię trzeba naginać do dobrych celów, każdy drobny strzęp dobra opłacać tak bardzo drogo. Stąd brak radosnego entuzyazmu, lecz brak też upadków i wątpień. Cena życia wielkiego zbyt wygórowana; złożyć ją jednak trzeba, bo, jak powiada Epiktet: w kiepskim sezonie cena główki sałaty dochodzi do półczwarta feniga i wyżej... Trzeba zatem stosować się do miejscowości i czasu... A hen, w dali, majaczy Kraina Jutra...

Prawa, głęboka natura stworzyła kilka tych dzieł, któremi pani Woyniczowa literaturę dotąd obdarzyła. Niewielka ich liczba, ale bo też je zrodziła praca artystyczna, równająca się Flaubertowskiej, poświęca długie lata na studyowanie środowiska i stosunków (włoskich z połowy XIX wieku w Szerszeniu, rosyjsko-polskich w Oliwii Latham) i na wycyzelowanie stylistyczne. Do mistrzostwa została też tu doprowadzona stuka wypowiadania ogromnego bogactwa treści na niewielkiej liczbie stronnie.

A do jakiej eteryczności i słodyczy język jej się nagina, ten tylko zdoła ocenić, kto w oryginale Oliwii Latham przeczyta ustępy Anhellego.

Pobieżny ten szkic wyjaśni poniekąd, czemu nazwisko pani Woyniczowej nie należy do codziennych artykułów spożywczych, któremi fabryki powieściopisarek angielskich zaopatrują magazyny europejskie. Mimo to liczba wydań jej dzieł w Anglii i Ameryce jest ogromna, a Szerszenia przyswoiły sobie w przekładach wszystkie poważne literatury europejskie (nie wyjmując rosyjskiej) oprócz... polskiej.

Może przekład niniejszy przyczyni się chociaż w części do poznania jednej z najpiękniejszych a nam pokrewnych dusz współczesnej Anglii.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...