
Jest, dotarła. Pięknie i dokładnie zapakowana. Nic nie miało prawa jej się stać.

Brakuje mi na blogu informacji o samej autorce tak często ostatnio wspominanej przeze mnie Ethel Lilian Voynich. Zachwycam się jej książkami. Wyszukuję informacji o tym co napisała. Zdobywam jej książki. A o niej cisza. Postanowiłam to nadrobić. Na razie idę na łatwiznę. Zacytuję Wikipedię. Z czasem mam nadzieję na uzupełnianie informacji, może nawet z Waszą pomocą. Każdy fakt, plotka i mit będą mile widziane :)Ethel Lilian Voynich, z domu Boole, (ur. 11 maja 1864 w hrabstwie Cork w Irlandii, zm. 27 lipca 1960 w Nowym Jorku), angielska pisarka i muzyk o skrajnie lewicowych poglądach. Jej ojcem był sławny matematyk brytyjski George Boole. Wyszła za mąż za Wilfrida M. Voynichaznanego jako odkrywca i badacz słynnego manuskryptu.
Sławę przyniosła jej powieść Szerszeń, wydana w czerwcu roku 1897 w Stanach Zjednoczonych i we wrześniu tego samego roku w Angliiopowiadająca o walce rewolucyjnej w XIX-wiecznych Włoszech. Książka była niezwykle popularna w Związku Radzieckim w czasach stalinowskich i - jako poprawna politycznie - została przetłumaczona na wiele języków bloku krajów satelickich, w tym również w Chińskiej Republice Ludowej.
Do roku śmierci Ethel Voynich sprzedano w ZSRR 2,500,000 egzemplarzy tej książki.
Pierwsze polskie tłumaczenie tej powieści ukazało się w 1911 roku.
Według pewnego źródła pisarka napisała też drugą część "szerszenia" pt. "przyjaźń przerwana". Opowiada o losach głównego bohatera od momentu zakończenia pierwszej części do początku drugiej czyli o pobycie Artura w Ameryce Południowej. Niestety nie wiadomo o niej nic więcej.
W roku 1955 radziecki reżyser Aleksandr Fajntsimmer nakręcił wg powieści Ethel Voynich film fabularny pt. Szerszeń (ros.: Овод), a muzykę do tego filmu skomponował Dymitr Szostakowicz. W roku 1980 ponownie nakręcono tę powieść w reżyserii Nikołaja Maszczenki. Andriej Charitonow otrzymał nagrodę "Złota Nimfa Monte Carlo" 1981 za rolę Artura.
Ciekawostki:
Według historyka Robina B. Lockharta, rosyjskiego agenta i jednocześnie brytyjskiego szpiega na usługach SIS (Secret Intelligence Service) Ethel Voynich była znana nie tylko jako literat; obracała się w kręgach porewolucyjnej emigracji rosyjskiej. Lockhart twierdzi, że Voynich miała bliskie kontakty ze szpiegami sowieckimi we Włoszech.
(źródło: wikipedia)
Właśnie wygrałam aukcję :D
Uderzenie gałęzi starego orzecha o szyby, skłoniło go do wstania. Drzewa te, rozłożyste i stare, rosły tuż koło ścian domu; w lecie gęste ich listkowie zamykało dostęp powietrzu i słońcu, a w noce zimowe szum gałęzi podobny był do ustawicznego jęku. Ze względu na dzieci, Franciszka nieraz pragnęła, by ponure te olbrzymy były nieco dalej od domu; nigdy jednak nie podsunęła myśli, że należałoby je ściąć, wiedząc dobrze, jak drogie są jej mężowi. Były złączone z najwcześniejszemi wspomnieniami jego dzieciństwa i każdy ich pręcik był uświęcony.
W tej chwili ich uderzani o szyby wydało mu się pukaniem ręki przyjacielskiej. Wstał i otworzył okno, zerwał parę dużych zżółkłych liści i potarł je o twarz. Mimo późnej jesieni, zachowały jeszcze silną woń – dla niego woń najmilszą na świecie.
Dotknięcie i woń tych więdnących liści zdołały jakoś złagodzić tłoczące go brzemię cierpienia. Mięciuchne i czyste, chłodne i woniejące, umierały z godnością łagodną i spokojną, jaką tchnął sam Montaigne. Słowa kojące ponownie przesunęły się w pamięci: Que les bestimens de mon aage ont naturellement a souffrir quelque gouttiere. Il est temps qu'ils commencent a se lascher et dementir: C'est une commune necessite: Et n'eust on pas faict pour moi un nouveau miracle”: (Snać budowle w moim wieku muszą cierpień od ścieków. Czas, by się zaczęły rozluźniać i słabnąć: konieczność to powszechna: a dla mnie cud nowy się nie stanie).
Tak; ale Franciszka umarła młodo.
Wsparł się na parapecie okna i poprzez sfalowany krajobraz leśny spoglądał ku dalekim wieżycom Vezelay'u, wieńczącym szare wzgórze pod szarem sklepieniem niebios. Zaiste, życie jego szare było jak to niebo. Zawsze było trochę bezbarwne od chwili owego krwawego zaczątku; teraz po odejściu Franciszki mało mu chyba pozostanie jasnych promyków. Jakkolwiek jednak bezradosne, zawsze jeszcze byłoby godnem wytrwania, o ile zdoła zachować spokój umysłu by w dalszym ciągu oddawać się swej pracy.
Ale nawet spokój umysłu jest niemożliwy przy takim płaczu Małgosi. Ten jej płacz był pierwszym dźwiękiem, jaki odbił mu się o uszy, gdy przed godziną wrócił był do domu, i dotąd jeszcze trwa, drażniący, nieustanny. Piastunka musi być bardzo niedbała lub nieodpowiednia; Franciszka nie pozwalała nigdy, by dzieci tak płakały. Nietylko że krzyk ten jest niemożliwy do zniesienia, lecz nadto musi też być szkodliwe dla trzechletniego dziecka takie wyczerpywanie sił w płaczu gwałtownym i długotrwałym. Nie może dłużej na to pozwolić. Jednakowoż myśl wtrącenia się po raz pierwszy w sprawy domowe tak go przerażała, że z onieśmieleniem i niechęcią uchylił drzwi pokoju dziecięcego.
- Berto – rzekł łagodnie – Małgosia płacze już bardzo długo. Czy może jest głodna, czy...
Kobieta zwróciła doń twarz zgnębioną i zalaną łzami.
- To ta niedbała Zuzka, proszę pana markiza. Ja tylko na chwileczkę skoczyłam do kościoła, ażeby się pożegnać z moją świętą panią, a ona... a ona...
- Co takiego? - pytał markiz, staając się zrozumieć, lecz równocześnie z lekka się cofając przed krzykiem dziecka. - Wszak nie biła dziecka?
Piastunka znów zaczęła płakać.
- To nie moja wina, nie moja, przysięgam. Jak mogłam wiedzieć, że będzie taka nieostrożna z tym klejnocikiem?
- Berto – rzekł markiz, podchodząc ku niej z twarzą surową – czy się coś stało?
Zakryła twarz fartuszkiem. Kilka stanowczych zapytań zmusiło ją do wyznania; wymknęła się na chwilę, by zobaczyć pogrzeb, pozostawiwszy dziecko pod opieką piętnastoletniej dziewczyny, która również zapatrzyła się przez okno na pogrzeb, a dziewczynka tymczasem w nowych trzewiczkach wygramoliła się na kamienne schody i spadła. Jest kilka potłuczeń i rana na główce.
Najbliższy lekarz mieszkał dość daleko; gdy więc krzyk dziecka nie ustawał, zawezwano matkę Connetable, uchodzącą za zręczną pielęgniarkę. Przyrządziła odwar z makówek, który szybko dziewczynkę uśpił; poczem oświadczyła, że stłuczenie było bardzo lekkie, gdyż żadna kość nie została złamana.
Markiz był mimo to dziwnie strwożony, lecz w parę godzin później, nowy wypadek, bardziej naglący zatarł w jego pamięci zdarzenie poprzednie. Henryś przeziębił się podczas pogrzebu, a będąc jeszcze rekonwalescentem, w ciągu nocy niebezpiecznie zachorował. Przez dziesięć dni, strach przed możliwością czwartej z rzędu ofiary całkowicie pochłoną myśl ojca; a zanim minęło niebezpieczeństwo grożące Henrysiowi, rany Małgosi były już niemal zabliźnione.
Zdawało się, że minął nareszcie okres wstrząśnień i lęków, lecz nerwy markiza mocno zostały nadszarpnięte. Nie mogąc spać, chodził nocą z pokoju do pokoju, gnany trwogą urojoną, żali nowe jakieś nieszczęście nie przydarzyło się któremuś z dzieci.
Zamek, ogromny, wilgotny, zniszczony, robił wrażenie czegoś przygnębiającego za najlepszych nawet czasów; w tej chwili jednak, gdy obłoceni, drżący od zimna, żałobą okryci jego mieszkańcy, wśród nieustającego deszczu dojeżdżali do niego aleją wiązów, następnie ogromnym łukiem bramy kamiennej pośród zdruzgotanych baszt i wieżyc, widok jego do głębi zmroził serce właściciela. Nigdy nie odczuł był tak silnie nagiej surowości, cichej i poważnej wyniosłości tego miejsca, a przecież nigdy nie kochał go tak głęboko. Wydało mu się, jakoby ono było zawsze najistotniejszą miłością jego serca, droższem od dzieci, droższem nawet od książek.
Książki były jego własnością osobistą; kochał je od lat trzydziestu; natomiast łańcuch, wiążący go z tym domem, sięgał cztery wieki wstecz. Pokolenia de Marteurellów, jedno po drugiem, żyły tu i umierały; nigdy zbyt bogaci, potężni lub sławni, lecz pogodnie przeświadczeni o swem prawie do życia i zadowoleni z siebie, a na ogół też ze swego Stwórcy.
W Paryżu, dokąd zajeżdżali rzadko, dla interesów lub przyjemności, mogliby się byli spotkać z lekceważeniem, okazywanem poczciwcom prowincjonalnym; tu żadne powątpiewanie nie mogło ich zniechęcić, żadne zagadnienie osaczyć; pomazaniec boży na tronie, nie był bezpieczniej odgrodzony od prawdy, niż oni w swym zamku, obwiedzionym wałem obronnym. Nagle, w ciągu jednej godziny spadł na nich wyrok.
Wstrząsnął się, wchodząc do wielkiej hali. Zaiste, dość już miał trosk na dzisiaj; czemuż dziś właśnie straszne wspomnienie dzieciństwa wraca doń zmorą opętańczą?
Zniszczona stara szafa na bieliznę uszła była pożodze i rabunkowi. Stała jeszcze nienaruszona na uboczu, dokąd przywlekła ją stara jego piastunka i jej dorosły syn Jakób, by go ukryć, zanim tłum wyłamie bramy. Tu skulił się w ciemności, drobne, popychane stworzonko, mniejszy niż Henryś obecnie, rozpaczliwie zatykając sobie uszy, by przytłumić wrzaski i przekleństwa i tupanie nóg i krzyki na schodach, które nagle ścichły, gdy przed chwilą brzmiały tak przeraźliwie.
Och, te krzyki na schodach! Echo ich trwogą napełniło mu całą młodość, zgłuszyło wszelką muzykę życia, a drogie to domostwo, gdy doń wrócił po latach chłopięctwa spędzonych w Anglji, uczyniły przedmiotem strachu, miast radości. Dopiero przyjście Franciszki odpędziło upiory; żadne widziadła wyobraźni nie mogły istnieć w jej obecności, tak zdrowej, tak pogodnej, tak całkowicie prozaicznej. Czy wrócą teraz, gdy ona odeszła?
Zdawały się być przeraźliwie blisko. Nawet piskliwy krzyk dziecka z pokoju dziecięcego dochodzący, zdołał je już przywołać. Życie upłynęło mu tak skąpe w wypadki, że nic nie mogło zatrzeć tego jednego potwornego wrażenia; i oto w chwili wyczerpania sił i równowagi, wróciło znowu z wyrazistością zmory nocnej. Czuł niemal, gęsty dławiący dym; słyszał prawie trwożny głos Jakóba: „Paniczu! Stefuś! Gdzie panicz? Nic się nie stało złego? Już wszyscy odeszli, kochanie moje!”
Ten sam Jakób, dziś siwowłosy, a wciąż jeszcze się nim opiekujący, podszedł teraz ku niemu do drzwi pracownicy, z czerwonemi oczyma.
Pan markiz nie zapomni złożyć przemoczonych rzeczy? Tak dziś chłodno. A Marta przygotowała trochę gorącej zupy.
Dziękuję, Jakóbie – z wdzięcznością rzekł markiz. - Ty zawsze o wszystkiem pamiętasz. Dopilnuj też, proszę, by się zajęto dziećmi, dobre? I niech mi nikt nie przeszkadza; chcę być sam.
Znalazłszy się w pracowni, zamkniętymi drzwiami oddzielony od świata zewnętrznego, z przyjaciółmi młodości na półkach, ofiarowującymi w niemem oddaniu szlachetne pocieszenie, odetchnął swobodniej. Sięgnął do jednej przedziałki i wyjął „Republikę” Platona; zaraz jednak odłożył ją z westchnieniem; Grecy mu dziś nie pomogą. Przez chwilę się wahał; z ociąganiem dotykając pieszczotliwą ręką ulubionych tomów: Woltera, Diderota, Hobbesa, Gibbona; następnie wyjął Montaigne'a i przysunąwszy krzesło do rozpalonych polan na kominku, otworzył książkę, gdzie rozpoczynał się essay o doświadczeniu.
Istotnie, dla spokojnego, średnich lat egiptologa, ciężkim było ciosem to raptowne wyrwanie go z pracowni i pogrążenie w najgłębszej otchłani tragedji. W ciągu czternastu dni, trzecią już trumnę spuszczano w jego oczach do tego samego grobowca. Śmierć dzieci go przygnębiła, jakkolwiek mało je znał, żyjąc przeważnie z swemi księgami; natomiast śmierć ich matki do głębi wstrząsnęła jego życiem.
Powoli się odwrócił. Trudno było sobie uświadomić, że to żona jego została tu pochowaną; że gdy on i chłopcy wrócą do domu zziębnięci i przemoczeni, nie zastaną jej, wyczekującej ich przybycia, z uśmiechem przywitania i ciepłemi pantoflami. Przez lat czternaście była każdej chwili w pogotowiu, gdy jej potrzebował, podobnie jak każdej chwili gotowa się była usunąć, gdy był zajęty. Stanowiła nieodzowną cząstkę urządzenia domowego; wygodna, użyteczna, w niczem nie przeszkadzająca.
Początkowo nie było to małżeństwo z miłości; markiz się ożenił, ponieważ przyjaciele jego uważali, że powinien mieć żonę; będąc w kwestji tej obojętnym, im pozostawił był wybór narzeczonej; mimo to, ni on ni ona, ani na chwilę nie żałowali tego związku. Przez wszystkie te lata był dla niej niezmiennie uprzejmym, gdyż nie mógłby w ogóle być innym wobec żadnej kobiety, a także niezmiennie wiernym, gdyż jedynie duchowe rozkosze posiadały dlań urok. Jakkolwiek jednak urodziła mu pięcioro dzieci i była mu zarówno matką jak żoną, nie pozwalając odczuwać ubóstwa, chroniąc od przykrości i zgrzytów codzienności, nigdy jej właściwie nie znał, ani też przypuszczał, że jest w niej coś do poznania; była dlań poprostu Franciszką. Teraz wydawała mu się dziwnie jakoś wzniosłą, niemal potężną; nie dlatego, że nie żyła, lecz że umarła otoczona aureolą, glorią macierzyństwa.
Gdyby była wiedziała, że ta jej śmierć wzbudzi w nim rodzaj nowego jakiegoś onieśmielenia wobec niej, byłaby tem boleśnie zdumioną. W jego oczach – o ileby się w ogóle nad tem zastanawiała – rozpaczliwa walka, jaką bez niczyjej pomocy toczyła z tyfusem, któremu uległo troje jej dzieci, byłaby prostem następstwem faktu, że była ich matką. Jednakowoż, jako istota zwyczajna i mająca dużo do roboty, nie łamała sobie głowy nad abstrakcyjnem zagadnieniem różnicy, zachodzącej między macierzyństwem a ojcostwem; ot poprostu, jako coś zupełnie naturalnego, narażała swe życie, oszczędzając życie męża. Znakomici uczeni zbyt są drogocenni, by ich narażać na niebezpieczeństwo. On znów trzymał się zdala, nie przez tchórzostwo, lecz dlatego, że nigdy się do niczego nie mieszał. Pokładał we Franciszce zaufanie bezwzględne i nigdy nie przyszłoby mu do głowy kwestionować jej autorytet w sprawach praktycznych, podobnie jak jej nie przyszłoby do głowy dysputować nad jego sądami w kwestji papyrusów. Teraz, uratowawszy jedno dziecko, zeszła ze świata za dwojgiem młodszych, bez żadnej egzaltacji przedśmiertnej, prócz lekkiej obawy, czy też służba potrafi utrzymać dzieci w czystości i należycie przyrządzać kawę, gdy ona nie będzie już nad tem czuwać.
Henryś, starszy chłopczyk, szedł obok ojca, gorżko łkając. Mając lat trzynaście, był już w stanie zrozumieć, że matka umarła naprawdę. Przytem sam dopiero co przebył tyfus i cierpiał także skutkiem depresji fizycznej rekonwalescenta. Markiz dobrotliwie pogłaskał go po ramieniu, a Henryś podniósłszy nań oczy, uśmiechnął się przez łzy. Jego miłość do ojca była odblaskiem prostodusznej, oddanej adoracji matki. Nikt na świecie nie był tak zdolny jak ojciec, ani tak uczony, ani tak niezwykły; zaszczyt pieszczoty ojcowskiej mógł złagodzić wszelkie cierpienie. Jeszcze jeden konwulsyjny szloch i pociągnięcie nosem, i przestał płakać, z uczuciem wdzięczności ocierając się mokrym od łez policzkiem o rękę dobrotliwą.
Markiz był rad, że Rene przynajmniej nie szlocha i nie pociąga nosem. Bolał głęboko nad swoimi chłopcami osieroconymi przez matkę, lecz dzieci płaczące zawsze go drażniły; tak im jakoś było trudno użyć należycie chustki do nosa. Rene nie płakał wcale, miał dopiero lat dziesięć i podobnie jak dziewczynka pozostawiona w domu, zbyt był jeszcze dziecinny, by odczuć stratę matki. Przez całą drogę zachowywał się biernie, skulony od zimna.
ROZDZIAŁ I
Orszak pogrzebowy wlókł się mokrą, ponurą drogą wiejską, następnie błotną ścieżyną ku cmentarzowi na wzgórku, a ludzie odkrywali głowy i żegnali się z większą czcią niż zwyczajnie, gdy koło nich przechodził. Kilka starych kobiet w białych czepcach zamykało pochód – niektóre płakały. Pani markiza była dobra dla biednych, odczuwają też jej brak.
Nie jakoby w Marteurelles-le-Chateau był ktokolwiek prawdziwie biednym. Nędza w dawnej swojej formie, nędza-ludożerczyni, miażdżąca, potworna nędza, jaką kobiety owe znały w swej młodości, nędza ta minęła wraz z życiem, które skończyło się przed katastrofą. Zniknęła wraz z pańszczyzną i opłatami od soli, podatkami i rogatkami, wraz z całą wspaniałością i przywilejami dawnego Marteurelles. Dym płonącego zamku uniósł ze sobą tyle rzeczy, które we wspomnieniu tych co pamiętali swe życie z przed r. 1789, zachowały się jedynie jako zmora potworna.
Jednakowoż być biedniejszym od swego sąsiada, znaczy bądź co bądź być biednym, a w Marteurelles dokonała się w ciągu jednego pokolenia tak radykalna zmiana w położeniu włościaństwa burgundzkiego, że za biednego uważano już człowieka, nie posiadającego własnej krowy.
Dla tych właśnie nieszczęśliwych a także dla wszystkich chorych i strapionych, nieboszczka była przyjaciółką dobrotliwą. Jej miłosierdzie nie przejawiało się w hojnych darach, gdyż Rewolucja obdarzywszy dobrobytem wieś, równocześnie zubożyła zamek. Była im jednak zawsze dobrą sąsiadką i jakby matką, a jakkolwiek nie mogła nikogo obdarzyć krową, to dzbanek mleka wręczała z tak życzliwym uśmiechem i tak serdecznem zainteresowaniem dla zdrowia niemowlęcia, że jak stara Piotrowa zauważyła do kmotry Papilllon: „nikt by nie powiedział, że ona należy do tych przeklętych arystokratów”.
A w rzeczywistości, to należała do nich jedynie na mocy swego małżeństwa. Córka lekarza z Dijon, wniosła mężowi skromny tylko posag mieszczański, a za cały herb, szlachectwo charakteru. On jednak miał herbów za dwoje, jak mogły zaświadczć zdruzgotane pomniki i tablice pamiątkowe w kościele parafialnym; poza tem, niby druga Kordelja, była sama wianem, a pustka, jaką pozostawiła odchodząc, był też odpowiednio wielka.
Wyglądał dziwnie bezradnie, stojąc nad grobem z dwoma synami; tak bezradnie, że patrząc nań, można było przypuszczać, iż nieboszczka była wdową, osierocającą oto nie dwóch, lecz trzech synów, z których jeden miał już włos siwawy na skroniach.
Rodzina Carverów (trójka dzieci, Max, Alicja, Irina, i ich rodzice) przeprowadza się w roku 1943 do małej osady rybackiej, na wybrzeżu Atlantyku, by zamieszkać w domu, który niegdyś należał do rodziny Fleishmanów. Ich dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy (Max widzi nocą w ogrodzie clowna i dziwne posągi artystów cyrkowych), ale ważniejsze, że dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, dzięki któremu mogą to i owo dowiedzieć się o miasteczku (np. historię zatopionego w wodach przybrzeżnych, pod koniec pierwszej wojny, okrętu "Orfeusz") i poznać dziadka Rolanda, latarnika Victora Kraya, który opowie im o złym czarowniku znanym jako Cain lub Książę Mgły, chętnie wyświadczającym usługi, ale nigdy za darmo. Coś, co dzieciom wydaje się jeszcze jedną miejscową legendą, szybko okazuje się zatrważającą prawdą.
"Papieżu Klemensie!... Rycerzu Wilhelmie!... Królu Filipie!... Przeklinam was! Przeklinam was! Niech wasze rody będą przeklęte aż do trzynastego pokolenia!..."
W drugim tomie bestsellerowej sagi Cukiernia Pod Amorem autorka przedstawia dalsze losy rodu Zajezierskich. Wraz z jedną z bohaterek wyrusza za ocean, znakomicie odmalowując życie polskich emigrantów na przełomie XIX i XX wieku. Na scenę wkracza również barwna rodzina Cieślaków. Poznamy półświatek złodziejaszków z warszawskiego Powiśla, a także artystyczne środowisko przedwojennych teatrów i kabaretów.